piątek, 7 lipca 2017

Wielka Fatra, czyli dramat w trzech aktach. Akt I - Wietnam

Życie górołaza kręci się od wyprawy do wyprawy. Będąc w górach planujesz kolejny wyjazd. Wchodząc na szczyt dostrzegasz kolejny, pociągający, który chcesz zdobyć. Przechodząc pasmo widzisz następne. Już chcesz tam być. Kupujesz mapy, planujesz, liczysz czasy, sprawdzasz dojazdy... Wiele z tych planów ląduje na dnie szuflady i czeka na lepsze czasy.

Czerwcowe upalne popołudnie. Dzwoni telefon. Telefon od przyjaciela. Kiedy wyświetla ci się ten znajomy numer wiesz, że wiąże się to z jednym. Wyjazd w góry! Drżącą ręką łapiesz za telefon, odbierasz i już wiesz, że to początek kolejnej przygody.
 - W ciągu najbliższych 2 tygodni możliwy wyjazd. Cel - Wielka Fatra.
Nawet się nie waham. Potwierdzam 100% swoją obecność i machina rusza.

Plany z dna szuflady odżywają, mapy idą w ruch. Po kilku dniach wszystko dograne na tip - top. I to czekanie. Odliczasz dni, godziny. W tej ekipie wyjazdy na Słowację dają 100% satysfakcji. Wiem, że wszystko się uda, wyprawa musi zakończyć się sukcesem. Będzie niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Poczujesz klimat gór, wędrówki, wszystko w doborowym towarzystwie.

3 dni na Słowacji dają duże możliwości. Wybraliśmy pasmo Wielkiej Fatry, start w Lubochni, kilka kilometrów od Ruzemberoka, meta w Donovalach - niewielkiej miejscowości wciśniętej pomiędzy Wielką Fatrę, a Tatry Niżne.

Kiedy nadchodzi upragniony dzień wyjazdu pakujemy plecaki i ruszamy na południe, aby po 4 godzinach jazdy dotrzeć do Ruzomberoka. Pogoda wyśmienita, niebo jak aksamit, jednak nieco gorąco. Już wiemy, że będzie to trudna wędrówka. Plecaki o wadze 12-15kg nie zwiastują szybkiego urabiania odległości. Ostatnie szybkie zakupy w lokalnym sklepie i udajemy się na dworzec PKS. Tam szukając połączenia do Lubochni poznajemy Polaka, który pracuje przy utrzymaniu czystości autobusów. Pozytywny Pan pomaga nam rozczytać rozkład jazdy i w tym momencie następuje weryfikacja planów. Jedziemy do Donoval! Będziemy wędrować w odwrotnym niż pierwotnie przyjęty kierunek.

Ruzemberok

Po kolejnych 2 godzinach (wliczając czas oczekiwania na busa) jesteśmy w urokliwej wsi. Jest gorąco. Plecaki ciążą niemiłosiernie. Z każdą chwilą upewniamy się, że będzie to BARDZO ciężka wędrówka, ale nawet przez moment nie przechodzi nam przez myśl w jakiej du... będziemy za kilka godzin.

Podróż lokalnym busem. 4,5 euro za 3 osoby w rytmach słowackiej muzyczki.

Z Donoval ruszamy w kierunku góry Zvolen. Przez kilkanaście minut wędrujemy w pełnym słońcu krętą, asfaltową uliczką, która wije się między zabudowaniami.

Donovaly

Po kilkudziesięciu minutach ciągłej wędrówki pod górę dochodzimy do pierwszych polan, z których otwierają się widoki. Po raz kolejny uświadamiamy sobie jak wolno się poruszamy. Wszystko za sprawą temperatury i wagi plecaków. Tu jeszcze nikt nie myśli o żadnej weryfikacji planów. Na mapie widzimy zaznaczony szałas i jesteśmy przekonani, że tam spędzimy pierwszą noc. Tu jeszcze nie wiemy w jakim jesteśmy błędzie.

Kilkadziesiąt minut wędrówki i... dopiero taka wysokość...

Tuż przed szczytem Zvolenia. Widok na dalszą część pasma.

Kiedy docieramy do szczytu Zvolenia, pojawia się pierwsza nutka niepewności. Nikt jeszcze otwarcie o tym nie mówi, ale widzimy pasmo Kriżny i Ostredoka, do którego planujemy planowaliśmy dotrzeć (sic!) jeszcze tego samego dnia. Tutaj jeszcze myślimy, że w zasadzie to jesteśmy już na grzbiecie, więc teraz będziemy wędrować bez większych przewyższeń. A góry tylko słuchają i chichoczą z naiwniaków.

Zvolen, w dole Donovaly.

Ruszamy! Nie ma co się opieprzać. Słońce jest coraz niżej, a patrząc na mapę nasze położenie niewiele się zmienia. Zmieniamy kierunek wędrówki na zachodni i przez kilkanaście minut dobijamy się widokiem Krizny i Ostredoka, do których chcemy dotrzeć jak najszybciej. Mówiłem już coś o ciężkich plecakach? Niesiemy tam namioty, śpiwory, jedzenie i wodę na 3 dni(haha, wcale nie starczyło!)

Tak. To najwyższe pasmo na dalszych planach to Krizna...

Uwaga! teraz najlepsze. Około 1,5h marszu od szczytu Zvolenia, a 3h od wyjścia z Donoval docieramy do malowniczej polanki i... zgadnijcie co widzimy? Tak, Donovaly! Ale patrzcie jak blisko...

3h wędrówki, a my nie oddalamy się od miejsca startu!

Tutaj już wiemy, że coś poszło nie tak, ale nadal w dobrych humorach ruszamy dalej z myślą o znalezieniu przyzwoitego miejsca na nocleg. Po przejściu kolejnego szczytu jakim jest Motycska Hola zaczyna się fragment szlaku, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci i który sprawił, że ta wyprawa była wyjątkowa i niezapomniana. Wchodzimy w najdziksze tereny jakie dotychczas widziałem. Przez kilkadziesiąt kolejnych minut mamy wątpliwości co do tego, czy jesteśmy nadal na znakowanym szlaku. Tracimy i zdobywamy wysokość. Poruszamy się w niesamowitym gąszczu, szlak zupełnie nieuczęszczany, słabo widoczna ścieżka, schodzące coraz niżej słońce powodują dół psychiczny całej trójki. Jedynie spotykany co kilkanaście minut czerwony znacznik na drzewie upewnia nas, że jesteśmy do cholery na szlaku!

Tysiące malutkich szarych muszek oklejają nasze spocone ciała, idziemy gęsiego w kilkumetrowych odstępach, słońce zachodzi, a w tym terenie nawet nie ma możliwości postawienia namiotu! Po kolejnej godzinie teren nieco się rozluźnia, wychodzimy na polankę i widzimy, że tak łatwo już nie będzie.

Czyli jednak nie wędrujemy grzbietem?! 

Dalszej części szlaku w późniejszym czasie nadamy kryptonim "Wietnam". To co spotka nas przez kolejne 24 godziny nie da się nazwać innymi słowy, ale o tym będzie w Akcie II.
Póki co myślimy o noclegu. Mija czas, my wędrujemy, słonce zachodzi i w pewnym momencie mijamy bardzo malutką polankę, na której ktoś kiedyś palił ognisko. Stwierdzamy jednogłośnie, że zakładamy obóz I. Idealne miejsce na postawienie dwóch namiotów.

W obozie podejmujemy dyskusję nad sensem dalszego brnięcia w ten trudny teren. Po weryfikacji map i czasów przejść ustalamy, że nie mamy wyjścia. Albo odwrót (nikt o tym nie chciał słyszeć), albo MUSIMY dojść do Krizny i stamtąd dopiero jest możliwość dotarcia do cywilizacji. Wybieramy oczywiście opcję drugą i oddajemy się klimatowi biwaku. Rozmowom, opowieściom i analizom nie ma końca. Noc jest ciepła, jesteśmy na wysokości nieco ponad 1000 m.n.p.m, zasypiamy...

C.D.N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz