poniedziałek, 7 października 2019

Mały Szlak Beskidzki cz.1. Prawie cały Beskid Mały

Mały Szlak Beskidzki. Te trzy słowa i 137km wędrówki beskidzkim szlakiem chodziło po mojej głowie od dawna. Młodszy brat Głównego Szlaku Beskidzkiego ciągnie się przez pasma, które GSB omija, czyli Beskid Mały, Beskid Makowski i Beskid Wyspowy. Skrajne punkty tego szlaku to Straconka - dzielnica Bielska-Białej oraz Luboń Wielki (1022m.n.p.m.) w Beskidzie Wyspowym.
Realizacja tego planu wymaga kilku dni jeśli chce się go pokonać w całości. Udało mi się wygospodarować kilka dni wolnego i w pełnym uposażeniu ruszyłem pociągiem w kierunku Bielska.

Najlepiej wysiąść na stacji Bielsko-Biała Leszczyny. Z tego miejsca jest tylko około 3km do Straconki skąd rozpoczynałem swoją 5 dniową przygodę z MSB. Po ostatnich zakupach spożywczych w Bielsku. Pod kościół w Straconce można dotrzeć na nogach w około 30 minut ze stacji, lub autobusem komunikacji miejskiej, które jeżdżą tam co kilkanaście minut. Ja wybrałem wariant pierwszy.
 Kościół w Straconce.
Początek (lub koniec) Małego Szlaku Beskidzkiego.

Po dotarciu na początek szlaku i odszukaniu czerwonych znaków rozpocząłem mozolne podejście zboczami Beskidu Małego. Szlak wspina się na pierwszy szczyt Gaiki (808m.n.p.m.) i to podejście mimo niskiej wysokości szczytu może być pierwszą próbą naszej kondycji. W miejscach, gdzie las się przerzedzał moim oczom ukazywał się piękny widok "morza chmur". Wszystko to za sprawą jesiennej inwersji powietrza. Po wejściu na Gaiki rozpoczyna się wędrówka grzbietem przez Przełęcz u Panienki do Hrobaczej Łąki. Jest to łatwy i urokliwy fragment szlaku wiodący typowym beskidzkim lasem. Na Hrobaczej Łące zameldowałem się po 2,5 godzinie wędrówki.

 Jesienna inwersja powietrza powoduje takie widoki.

Szczyt Gaiki 808m.n.p.m.

Na szczycie Hrobaczej Łąki znajduje się stalowy Krzyż Milenijny, który w nocy jest oświetlony i dzięki temu doskonale widoczny z okolicznych miejscowości. Nieco poniżej szczytu jest schronisko, które oprócz noclegów oferuje także ciepłe posiłki oraz napoje. Spędziłem tam około godziny, z racji, że był wtorek schronisko świeciło pustkami i gospodarz mógł poświęcić mi kilkanaście minut na miłą pogawędkę przy herbacie i pysznym makowcu, którym poczęstował mnie bezinteresownie. Po miło spędzonym czasie rozpocząłem zejście do Żarnówki Małej. Wówczas mnie to cieszyło, ale szybko okazało się, że straconą wysokość będzie trzeba nadrobić.

Zejście na Przełęcz u Panienki

Miejsce kultu religijnego na Przełęczy u Panienki

Krzyż Milenijny na Hrobaczej Łące

Schronisko na Hrobaczej Łące

Po dotarciu nad zaporę w Żarnówce Małej miałem za sobą około 4,5 godziny wędrówki. Zrobiłem tam kilka zdjęć, przekroczyłem rzekę Sołę i rozpocząłem kolejne mozolne podejście na górę Żar. Było to ostatnie tak męczące podejście w tym dniu, ale w ciepłym jesiennym słońcu dało mi mocno w kość.
Zapora na Sole

Podejście na Żar

Widok z Żaru na Kaskady Soły


Na szczycie Żaru zrobiłem krótki postój na uzupełnienie płynu i ruszyłem na wschód za czerwonymi znakami. Szlak obchodzi zbiornik wodny, który znajduje się na szczycie góry. Za Żarem kolejny szczyt to Kiczera. Znajduje się tam wiata turystyczna. Całkiem niezłe miejsce na ewentualny nocleg. Jest tam krąg na ognisko, zadaszenie, stoliki i ławki, a nawet ktoś zostawił... Namiot. Ja jednak miałem w tym dniu w planie dotrzeć do Chatki pod Potrójną zatem musiałem przyspieszyć kroku i podążać dalej po czerwonej farbie.
 
Moja facjata na górze Żar
 
 
 
Żar z podejścia na Kiczerę.

Kiczera

Widok z Kiczery na północny zachód.

Po kolejnych dwóch godzinach dotarłem do Przełęczy Kocierskiej. Byłem już mocno zmęczony, a przecież czekało mnie jeszcze podejście na Potrójną. Na Przełęczy Kocierskiej znajduje się duży hotel, w którym akurat odbywała się jakaś impreza firmowa. Można tam łatwo dotrzeć samochodem dlatego nie dziwi ruch w tym rejonie Beskidów. Od Przełęczy już po ciemku podchodziłem niezbyt stromą drogą na Potrójną zmęczenie dawało się we znaki, a na szczycie mocno wiało. Niebo było gęsto usiane gwiazdami, co dawało nadzieję na dobrą pogodę dnia następnego. Dotarłem wreszcie do małej studenckiej chatki pod Potrójną, w której tej nocy były zameldowane jeszcze tylko dwie turystki. Chatka jest bardzo przytulna i klimatyczna. Uroku dodaje jej fakt, że jest to stara chata góralska ze skrzypiącymi schodami i podłogami. Nocleg w cenie 30zł dla osoby nie studiującej nie jest zbyt wygórowaną ceną, natomiast warto zaznaczyć, że pobyt tam wymaga samodzielności. Nie ma bufetu sprzedającego ciepłe posiłki, czy napoje za to jest dostęp do kuchni, w której wszystko można przygotować samodzielnie. Pokoje wieloosobowe tej nocy świeciły pustkami. Byłem sam w ogromnym kilkunastoosobowym pokoju. Warto dodać, że w całej chatce nie ma zasięgu sieci komórkowej.

Podsumowując pierwszy dzień mojej wędrówki. Zrobiłem około 31,5km w 10,5 godziny. Był to najcięższy dzień w całej mojej wędrówce, ponieważ trzeba było wcześnie wstać, aby dojechać do Bielska. Wbrew pozorom plecak miałem najcięższy w tym dniu, ponieważ zważywszy na nocleg w chatce niosłem ze sobą zapasy jedzenia i picia. Dla bardziej wprawnych wędrowców jest opcja w pierwszym dniu dotarcia do Schroniska PTTK na Leskowcu. Ja jednak zdecydowałem, że zostanę w chatce ponieważ był 24 września więc dzień jest już krótszy, a noce chłodne. Wolałem wędrować póki widno, a i tak sporą część trasy pokonałem po zmroku. Relację podzielę na kilka części, po to, aby opisać szlak dość szczegółowo. 

Zapraszam na kolejne części w najbliższych dniach i dziękuję za uwagę.





wtorek, 19 grudnia 2017

Skocz na Chocz! [Wielki Chocz 1611 m.n.p.m]

Wielki Chocz. Góra, której nie sposób nie zauważyć będąc w północnej Słowacji. Jej charakterystyczna sylwetka przyciąga wzrok i budzi pożądanie każdego górołaza, który choć raz na nią spojrzał. Jej masyw dumnie piętrzy się nad Liptowskim Mikułaszem, czy Rużomberokiem, skąd już tylko kilka godzin wędrówki do szczytu. Nic dziwnego, że od dawien dawna wierzchołek oblegany jest przez turystów. Mówi się, że jest to jeden z piękniejszych punktów widokowych na Słowacji. Ze szczytu okazale prezentują się Tatry, Mała i Wielka Fatra, Tatry Niżne, czy nawet polskie Beskidy.

Plan wyjazdu na Chocz kiełkował w mojej głowie już od dawna. Punktem na ten rok stał się, kiedy na wyprawie w Wielką Fatrę, o której mogliście przeczytać w trzech poprzednich wpisach widzieliśmy go przez trzy dni z odległej perspektywy. Na pierwszy rzut oka widać, że ta góra jest niebanalna i łatwo nie da się sforsować. Skalne ambony w kopule szczytowej potęgują wrażenie niedostępnej. Zwłaszcza zimą.

Tak, zdjęcie z wiki, licencja CC ;-)

16 Listopada był dniem, który wybraliśmy na wyjazd. Długo polowaliśmy na pogodę, a na ten dzień wszystkie możliwe radary pogodowe nie pozostawiały wątpliwości. Kawior! Plecaki spakowane, nad ranem, kiedy ludzie jeszcze oddają się objęciom morfeusza ruszyliśmy na południe, aby po 2 godzinach przekroczyć granicę w Korbielowie, a po kolejnych dwóch zameldować się u podnóża góry. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy 4 godziny spokojnej jazdy od szarego, jesiennego wówczas Zagłębia trafiliśmy do krainy zupełnie innej. Zimowa sceneria Słowacji, która dawała się we znaki śliskimi drogami utwierdzała nas tylko w przekonaniu, że będzie to pierwsza zimowa wyprawa w tym sezonie.

Swoją wędrówkę rozpoczęliśmy w słowackiej wsi Lucky u wylotu doliny Jastrzębiej, znajduje się tam niewielki parking na kilka samochodów. My byliśmy jedyni w tym dniu. Rozgałęzienie szlaków, z którego wybraliśmy wariant czerwony  przedstawiam na poniższym zdjęciu. 


Szlak ten w bardzo przyjemny sposób stopniuje poziom trudności. Przez pierwsze kilkanaście minut wędruje się szeroką wygodną i prawie płaską drogą dnem doliny. Następnie zaczyna się ona powoli wznosić, robi się coraz węższa i co chwilę przecina potok, który po obfitych opadach może być dość rwący. Nasze nastroje nieco podcina ślad niedźwiedzia, który zauważyliśmy w zmrożonym śniegu. Wyraźnie przyspiesza to tempo marszu.

Jak już wspominałem we wcześniejszych wpisach czasy przejść na Słowacji są bardzo niedoszacowane. Po około 2 godzinach docieramy na dużą polanę, na skraju której stoi dobrze wyposażona wiata turystyczna, w której z powodzeniem można spędzić noc. My jednak tym razem odpuszczamy sobie tą niewątpliwą przyjemność i po krótkim popasie ruszamy dalej w kierunku szczytu.







Od tego momentu trudności znacznie wzrastają. Po przejściu polanki wchodzimy w las i trawersując stromy stok zdobywamy wysokość o wiele szybciej niż dotychczas. Śnieg jest głęboki, miejscami wpada się po kolana, ścieżka jest wąska. W pewnym momencie stok staje się bardzo stromy a podejście wiedzie środkiem. Tu już nie obyło się bez raków i czekana. Miejsce było zacienione, i na tej wysokości (ponad 1400m) śnieg był już mocno zmrożony. Po pokonaniu tego stoku dotarliśmy do przełęczy pomiędzy Małym a Wielkim Choczem. Wydawało się, że stąd do szczytu już tylko chwilka. Mieliśmy rację, wydawało się.

Strome podejście i pierwsze widoki na Tatry Niżne.

Kolejne widoki z podejścia. Po lewej Tatry Zachodnie.

Z przełęczy ruszamy w kierunku szczytu. Dalsza droga nie sprawia większych trudności, jest tylko jedno miejsce skalne, gdzie z pomocą idą łańcuchy. Ścieżka wznosi się ku górze i kluczy wśród kosodrzewiny. Z podejścia w partiach szczytowych widoki są już bardzo rozległe. Po około 30 minutach wędrówki od przełęczy docieramy na najwyższy szczyt Gór Choczańskich. Widoki zapierają dech w piersiach. Pod nami morze chmur, na szczycie zaledwie kilka osób, słoneczna, bezwietrzna pogoda. Panorama obejmuje tyle pasm i szczytów, że nie sposób je wymienić i opisać. Widać jak na dłoni szerokie pasmo Tatr Niżnych, a naszą uwagę przyciąga głównie Wielka Fatra. Wypatrujemy Ploskę i Borisov, w okolicach których kręciliśmy się latem. W dolinach jeszcze jesień, ale na szczytach klimat iście zimowy. Napawamy się panoramą jeszcze kilkadziesiąt minut, ale dzień już krótki i chcący zejść póki widno (cały czas mamy w pamięci tropy niedźwiedzia) żwawo opuszczamy szczyt tą samą drogą.

Kilkumetrowe skalne podejście ubezpieczone łańcuchami

Przedwierzchołek

Jesteśmy na szczycie! Na wschód opadają bardzo strome urwiska

Puszka z książką wejść na szczycie ;-)

 W dole widać kłęby pary z fabryki celulozy i papieru Rużomberk


Do samochodu docieramy po 2h 30min od opuszczenia szczytu. Zejście idzie bardzo sprawnie, niemal do samego dołu idziemy w rakach, ponieważ słońce już zachodzi i wszystko zamarza. Ten dzień dostarczył nam niezapomnianych wrażeń i widoków. Wiemy już, że warto "polować" na warunki pogodowe. Cała wyprawa zajęła nam około 7 godzin, po zejściu udaliśmy się jeszcze do gorących źródeł w Kalamenach oraz na wieczorny spacer po Rużomberoku.

Nasza ocena:

Widoki: 9/10*
Trudność: 4/10
Ekspozycja: 3/10

* - 9, bo z Wielkiego Chocza nie widać tylko Wielkiego Chocza ;-)








piątek, 21 lipca 2017

Wielka Fatra, czyli dramat w trzech aktach. Akt III - Pogodzeni z losem

Od kilku godzin krajobraz się nie zmienia. Wędrujemy odsłoniętym grzbietem w palącym słońcu. Na horyzoncie rysują się chmury burzowe, ale nas to nie dotyczy. Są daleko, a nam zostało około 1 godziny wędrówki do miejsca noclegu. Pogodziliśmy się już z wagą plecaków i z tym, że w tych temperaturach tempo wędrówki maleje z minuty na minutę.

Podejście na Ostredok. W tle Kriżna

Od tej pory mało rozmawiamy. Idziemy rozciągnięci na grani smagani co jakiś czas silnymi podmuchami wiatru. W oddali widać budynek z czerwonym dachem usytuowany na stromym zboczy. To schronisko pod Borisovem. Nie dojdziemy tam. Mimo, że wydaje się być na wyciągnięcie ręki oddziela nas od niego jeszcze jedna głęboka dolina. Nikt nie mówi o tym głośno, ale każdy z nas myśli o tym jak będzie wyglądał Szałas pod Suchym Wierchem.

Po drodze zdobywamy najwyższy szczyt Wielkiej Fatry - Ostredok (1592m.n.p.m.) Szczyt podobnie jak Kriżna jest rozłożysty i wypłaszczony, co ogranicza bliskie widoki, jednak odległe panoramy są imponujące. Widzimy z niego już prawie cel dzisiejszej wędrówki, czyli przełęcz pomiędzy Suchym Wierchem a Ploską.

Po lewej usiany skałami Suchy Wierch, w środku kadru Ploska.

Za nami...

Takie widoki towarzyszyły nam przez kilka godzin

Po przejściu niezliczonej ilości obłych pagórków docieramy do ostatniej w tym dniu kulminacji. Suchy Wierch. Trawersujemy strome zbocze, które w pewnym momencie obrywa się bardzo stromym, kamienistym i kruchym żlebem, którego otchłań sięga dna doliny. Zimą muszą tu schodzić potężne lawiny.

Suchy Wierch. Objęty rezerwatem. Szlak skręca w lewo w dół.

Ostredok widziany z okolic Suchego Wierchu.

Z Suchego Wierchu schodzimy już tylko w dół. Wprawdzie po całodziennej wyrypie jest to najbardziej męczący element, ale wreszcie pojawił się cień. Pojedyncze drzewa nieco osłaniają nas od zniżającego się słońca, za to ustał wiatr. Krok za krokiem w milczeniu schodzimy w kierunku przełęczy, aż w pewnym momencie widzimy zbawienny znak:

Nic nie cieszy nas tego dnia bardziej

Zza drzew wyłania się nieśmiało Borisov - to właśnie tam jest schronisko, które planowaliśmy odwiedzić, ale w lewej części zdjęcia widać Szałas Pod Suchym Wierchem. To tam spędzimy dzisiejszą noc. Po dotarciu w pobliże chatki okazuje się że nie jesteśmy tu sami. Jest jeszcze 5 osób, z czego dwójka młodych, sympatycznych Słowaków również zamierza spędzić tu noc. Nie przeszkadza nam to zupełnie, i tak planujemy rozbić przy chatce namioty.

Tak wygląda szałas z zewnątrz. Sympatyczni Słowacy i nasz Kierownik Wyprawy

Wyposażenie szałasu zwala nas z nóg. Przed znajduje się miejsce na ognisko, a także kamienny grill. Wewnątrz jest wszystko, czego potrzeba do życia. Naczynia, sztućce, piec kaflowy, materace, śpiwory, przyprawy, a nawet... gitara! Już wiemy, że będzie to udany nocleg. Ponadto chaty nikt nie pilnuje. Snujemy domniemania co działoby się z takim przybytkiem w Polsce. Tam jednak każdy zostawia po sobie porządek i przygotowane drewno dla kolejnych strudzonych wędrowców.

Kuchnia w szałasie

Całkiem gustownie urządzone. Jest jeszcze poddasze, gdzie też można spać w kilka osób!

Około 10 minut od Szałasu znajduje się nieźle zaaranżowany punkt poboru wody. Można się umyć w wodzie, która nagrzewa się na słońcu w metalowych rynnach i nabrać wody do picia. Całkiem sprytnie to Słowacy przygotowali

Punkt poboru wody

Wieczorem oddajemy się już tylko biesiadzie przy dźwiękach gitary, rozmowom, gotowaniu, spożywaniu i analizie dobiegającej końca wyprawy. To już nasz ostatni nocleg. Podejmujemy decyzję, że kolejnego dnia przez Ploskę zejdziemy do Vyzniej Revucy. Ale... dodam jeszcze kilka zdjęć z tego wieczoru...

Nasze obozowisko 



Zachód słońca i spektakl kolorów


Ostatniego dnia wyprawy obudziło nas słońce podgrzewające namiot. Pobudka, śniadanie i błogie lenistwo. Ani trochę nie chciało nam się opuszczać tego miejsca. Ociągając się zwinęliśmy namioty, uzupełniliśmy wodę, posprzątaliśmy po sobie i wolno ruszyliśmy w kierunku Ploski. Dopiero po podejściu bliżej okazało się, że nie jest to jakaś tam górka, tylko kolejny potężny masyw do pokonania.

Ploska widziana z Koniarky

Podejście nie różniło się znacząco od wczorajszego wejścia na Kriżne. Łagodne, trawiaste, ale w bardzo silnym wietrze. Resztkami sił, które zostały nam na ten dzień około południa znaleźliśmy się na Plosce. Wierzchołek jest bardzo rozległy, czuliśmy się tam jak na wysoko położonej łące, a nie na szczycie góry. Jest tam również mogiła powstańca słowackiego z 1944 roku. Po odpoczynku i posiłku ruszamy już tylko w dół. Rozległe panoramy powoli zaczynają znikać i nadchodzi to uczucie kończącej się wyprawy.

Widoki ze szczytu.

Zejście...

Po zejściu do Vyzniej Revucy okazało się, że mamy ponad godzinę do busa, który dowiezie nas do Ruzomberoka. Odwiedziliśmy lokalny sklep i na przystanku autobusowym przygotowaliśmy ciepłe posiłki na resztkach gazu. Późnym popołudniem okazało się, że nasz samochód jak stał tak stoi na parkingu przy dworcu PKP. Wróciliśmy do domu w nocy, bardzo zmęczeni, ale nadzwyczaj usatysfakcjonowani. Wyprawa zakończyła się całkowitym sukcesem, a to co przeżyliśmy na zawsze pozostanie w naszej pamięci, jako niesamowite górskie doświadczenie.

Podsumowując. Dojazd do Rużemberoka jest możliwy samochodem w ciągu niespełna 2 godzin od polskiej granicy. Jak udało nam się ustalić jeżdżą tam też pociągi z czeskiego Cieszyna, czy Frydka - Mistka. Ceny to maksymalnie 7 euro. 
Parking przy dworcu PKP jest bezpłatny, staliśmy tam 3 dni z samochodem nic się nie stało. Na tamtych terenach funkcjonuje całkiem dobrze rozwinięta komunikacja autobusowa. Do Donoval dostaliśmy się busem relacji Rużemberok - Bańska Bystrzyca za 4,5 euro za trzy osoby. Z Wyzniej Revucy też jeżdżą busy bezpośrednio do Rużemberoka. Co ciekawe na powrocie kierowca doliczył nam opłatę za bagaż, ale cena też wyniosła 4,5 euro.

Będąc tam warto pospacerować po Rużemberoku. Bardzo ładna starówka, fontanny, urocze knajpki... Nieopodal znajdują się Kalameny, gdzie są dzikie źródła termalne. Bywaliśmy tam przy okazji innych wyjazdów, jest tam bardzo ciepła woda, ale w ciągu dnia także tłumy ludzi. Tym razem wybraliśmy się do Lubochni. Też jest tam źródło, z tym, że woda nie przekracz 22 stopni celsujsza i sprawia wrażenie lekko gazowanej, przez co niektóre miejsca ;-) szczypią. Mimo to skład tej wody niewyobrażalnie pozytywnie wpływa na samopoczucie zwłaszcza po takiej wyprawie.

Wszelkich innych porad i odpowiedzi mogę udzielić w wiadomości prywatnej. Dziękuję za uwagę! :-)


czwartek, 13 lipca 2017

Wielka Fatra, czyli dramat w trzech aktach. Akt II - Szok i niedowierzanie

Czuję chłód i wilgoć. Zimna, ogromna kropla spadła na moją twarz. To woda skropliła się na wewnętrznych ściankach namiotu w tę zimną noc, a teraz budzi nas strząsana lekkimi podmuchami letniego, słowackiego wiatru, który smaga namiot ustawiony na jakiejś małej polance gdzieś w sercu Wielkiej Fatry na wysokości 1009m.n.p.m.

W tle słyszę odgłos słowackiego radyjka oraz charakterystyczny szum palnika turystycznego. Nasz kompan już wstał i gotuje wodę na kawę. Po wczorajszej wieczornej debacie z rana nie podejmujemy już tematu dalszej drogi. Wszyscy wiemy, że jest ciężko i to się już nie zmieni. Po pożywnym śniadaniu, kawie zwijamy obóz, sprawdzamy, czy nie zostały żadne ślady po naszej bytności i ruszamy w dalszą drogę.

Dzisiejszym celem numer 1 jest pasmo Kriżny i Ostredoka, a co do zakończenia mamy dwie wersje. Plan A zakłada wejście na Kriżną, a następnie udanie się w dół do wsi położonej nieopodal stóp masywu, natomiast plan B zakłada wejście na Kriżną, przejście całego pasma i dojście do schroniska pod Borisovem. Tu już Wam zdradzę, że żadne z tych założeń nie zostało zrealizowane.

Dzień zapowiada się słonecznie, ale po sprawdzeniu radarów pogodowych na popołudnie przewidywane są gwałtowne burze. Nie nastraja nas to pozytywnie, bo właśnie około 14 powinniśmy dotrzeć do Kriżny, a od tego momentu wychodzimy na długą, odsłoniętą grań.


Póki co jesteśmy pełni optymizmu i sił na dalszą wędrówkę. Idziemy lasem, ale co jakiś czas trawersujemy strome skałki, wspinamy się na wychodnie skalne, a w drzewach pojawiają się okna ukazujące piękne widoki.



Jednak uświadamiamy sobie, że nadal bardzo wolno urabiamy odległość z mapy. Czasu z map i tabliczek są zupełnie niewspółmierne i robimy je x2,5. Jedną z przyczyn są ciężkie plecaki, ale nawet wędrując na lekko nie bylibyśmy w stanie zbliżyć się do szacowanych czasów przejść.

W pewnym momencie w zespole pojawia się konflikt o sens dalszej wędrówki i próbę szukania alternatywnego zejścia do cywilizacji. Niestety nie jest to łatwe, gdyż najbliższe wsie są oddalone o kilka kilometrów i nie prowadzą do nich żadne znakowane szlaki, a atmosferę zagęszcza widmo nadchodzącej burzy i tworzących się wysokich kłębiastych chmur.



Decyzja jest jedna. Idziemy dalej, aż do granicy lasu. Tam sprawdzimy dalsze prognozy i zastanowimy się, czy wychodzić na grań, czy przeczekać burzę w bezpieczniejszym terenie. Zauważamy, że na mapie zaznaczony jest szałas, więc decydujemy, że w razie czego tam przeczekamy burzę. Po dojściu do szałasu dziękujemy Bogu, że jednak burzy nie ma. Owy szałas wygląda tak:


Tu decydujemy się na dłuższą przerwę obiadową, wiemy już, że szałas nie uchroni nas przed burzą, ale prognozy wskazują, że front burzowy poszedł gdzieś nad Niżne Tatry i jest kilkadziesiąt kilometrów od nas. Ruszamy zatem w kierunku pasma Kriżny, którą widać już z polany, a charakterystyczny przekaźnik na jej szczycie daje nam nadzieję, że w ciągu 2 godzin jesteśmy w stanie tam dotrzeć.

Polana z "pięknym" szałasem i widok na Kriżnę i Ostredok

Grzbiet odchodzący od Suchego Vrchu

Jeszcze widoki. Zapierały dech w piersiach.

Po lewej Kriżna, po prawej Ostredok

Dalsza część wędrówki to już tylko niczym niezmącone widoki, silny wiatr, i napawanie się panoramą niekończących się gór. Gór po horyzont. Przed samym szczytem Kriżny spotykamy Polaków, którzy mówią, że do schroniska jeszcze daleko, bo trzeba przejść pasmo do Suchego Wierchu, zejść na niską przełęcz, wejść na Ploskę i z tamtąd jeszcze z godzinka. Znowu morale w dół, ale po chwili informują nas, że za około 2 godziny będziemy mijać Szałas pod Suchym Wierchem. Cieszy nas to, bo wodę mamy już na rezerwie. Rodacy chcą się z nami podzielić, ale stwierdzamy, że do szałasu już dojdziemy.

To już za nami

Modlimy się jednak, aby nie był to taki szałas jak spotkany 2 godziny wcześniej...
Na Kriżnie robimy dłuższy postój. Jest to przełomowy moment naszej wyprawy. Palące słońce daje się we znaki, ale widoki sprawiają, że chcemy zostać tam dłużej. Organizujemy popas i delektujemy się chwilą. Bajeczne zielone wzgórza, z których rozciągają się widoki na odległe pasma Tatr, Niznych Tatr, Małej Fatry, szczytów otaczających nas w Wielkiej Fatrze, Gór Kremnickich, Choczańskich aż na odległych majaczących szczytach na Węgrzech.

Widok z Kriżny na południowy - zachód

Widok z Kriżny na wschód. Widocznie m.in. Tatry Niżne. Drewniane tyczki wytyczają szlak zimowy

Paskudny przekaźnik GSM na szczycie Kriżny

Zejście z Kriżny. na ostatnim planie Ostredok - najwyższy szczyt Wielkiej Fatry


Po odpoczynku i ustaleniu, że tę noc spędzimy w Szałasie pod Suchym Wierchem ruszamy grzbietem w kierunku Ostredoka. Cudowne panoramy będą towarzyszyć nam przez resztę tego udanego dnia...

C.D.N