Plan wyjazdu na Chocz kiełkował w mojej głowie już od dawna. Punktem na ten rok stał się, kiedy na wyprawie w Wielką Fatrę, o której mogliście przeczytać w trzech poprzednich wpisach widzieliśmy go przez trzy dni z odległej perspektywy. Na pierwszy rzut oka widać, że ta góra jest niebanalna i łatwo nie da się sforsować. Skalne ambony w kopule szczytowej potęgują wrażenie niedostępnej. Zwłaszcza zimą.
Tak, zdjęcie z wiki, licencja CC ;-)
16 Listopada był dniem, który wybraliśmy na wyjazd. Długo polowaliśmy na pogodę, a na ten dzień wszystkie możliwe radary pogodowe nie pozostawiały wątpliwości. Kawior! Plecaki spakowane, nad ranem, kiedy ludzie jeszcze oddają się objęciom morfeusza ruszyliśmy na południe, aby po 2 godzinach przekroczyć granicę w Korbielowie, a po kolejnych dwóch zameldować się u podnóża góry. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy 4 godziny spokojnej jazdy od szarego, jesiennego wówczas Zagłębia trafiliśmy do krainy zupełnie innej. Zimowa sceneria Słowacji, która dawała się we znaki śliskimi drogami utwierdzała nas tylko w przekonaniu, że będzie to pierwsza zimowa wyprawa w tym sezonie.
Swoją wędrówkę rozpoczęliśmy w słowackiej wsi Lucky u wylotu doliny Jastrzębiej, znajduje się tam niewielki parking na kilka samochodów. My byliśmy jedyni w tym dniu. Rozgałęzienie szlaków, z którego wybraliśmy wariant czerwony przedstawiam na poniższym zdjęciu.
Szlak ten w bardzo przyjemny sposób stopniuje poziom trudności. Przez pierwsze kilkanaście minut wędruje się szeroką wygodną i prawie płaską drogą dnem doliny. Następnie zaczyna się ona powoli wznosić, robi się coraz węższa i co chwilę przecina potok, który po obfitych opadach może być dość rwący. Nasze nastroje nieco podcina ślad niedźwiedzia, który zauważyliśmy w zmrożonym śniegu. Wyraźnie przyspiesza to tempo marszu.
Jak już wspominałem we wcześniejszych wpisach czasy przejść na Słowacji są bardzo niedoszacowane. Po około 2 godzinach docieramy na dużą polanę, na skraju której stoi dobrze wyposażona wiata turystyczna, w której z powodzeniem można spędzić noc. My jednak tym razem odpuszczamy sobie tą niewątpliwą przyjemność i po krótkim popasie ruszamy dalej w kierunku szczytu.
Od tego momentu trudności znacznie wzrastają. Po przejściu polanki wchodzimy w las i trawersując stromy stok zdobywamy wysokość o wiele szybciej niż dotychczas. Śnieg jest głęboki, miejscami wpada się po kolana, ścieżka jest wąska. W pewnym momencie stok staje się bardzo stromy a podejście wiedzie środkiem. Tu już nie obyło się bez raków i czekana. Miejsce było zacienione, i na tej wysokości (ponad 1400m) śnieg był już mocno zmrożony. Po pokonaniu tego stoku dotarliśmy do przełęczy pomiędzy Małym a Wielkim Choczem. Wydawało się, że stąd do szczytu już tylko chwilka. Mieliśmy rację, wydawało się.
Strome podejście i pierwsze widoki na Tatry Niżne.
Kolejne widoki z podejścia. Po lewej Tatry Zachodnie.
Z przełęczy ruszamy w kierunku szczytu. Dalsza droga nie sprawia większych trudności, jest tylko jedno miejsce skalne, gdzie z pomocą idą łańcuchy. Ścieżka wznosi się ku górze i kluczy wśród kosodrzewiny. Z podejścia w partiach szczytowych widoki są już bardzo rozległe. Po około 30 minutach wędrówki od przełęczy docieramy na najwyższy szczyt Gór Choczańskich. Widoki zapierają dech w piersiach. Pod nami morze chmur, na szczycie zaledwie kilka osób, słoneczna, bezwietrzna pogoda. Panorama obejmuje tyle pasm i szczytów, że nie sposób je wymienić i opisać. Widać jak na dłoni szerokie pasmo Tatr Niżnych, a naszą uwagę przyciąga głównie Wielka Fatra. Wypatrujemy Ploskę i Borisov, w okolicach których kręciliśmy się latem. W dolinach jeszcze jesień, ale na szczytach klimat iście zimowy. Napawamy się panoramą jeszcze kilkadziesiąt minut, ale dzień już krótki i chcący zejść póki widno (cały czas mamy w pamięci tropy niedźwiedzia) żwawo opuszczamy szczyt tą samą drogą.
Kilkumetrowe skalne podejście ubezpieczone łańcuchami
Przedwierzchołek
Jesteśmy na szczycie! Na wschód opadają bardzo strome urwiska
Puszka z książką wejść na szczycie ;-)
W dole widać kłęby pary z fabryki celulozy i papieru Rużomberk
Do samochodu docieramy po 2h 30min od opuszczenia szczytu. Zejście idzie bardzo sprawnie, niemal do samego dołu idziemy w rakach, ponieważ słońce już zachodzi i wszystko zamarza. Ten dzień dostarczył nam niezapomnianych wrażeń i widoków. Wiemy już, że warto "polować" na warunki pogodowe. Cała wyprawa zajęła nam około 7 godzin, po zejściu udaliśmy się jeszcze do gorących źródeł w Kalamenach oraz na wieczorny spacer po Rużomberoku.
Nasza ocena:
Widoki: 9/10*
Trudność: 4/10
Ekspozycja: 3/10
* - 9, bo z Wielkiego Chocza nie widać tylko Wielkiego Chocza ;-)











