wtorek, 19 grudnia 2017

Skocz na Chocz! [Wielki Chocz 1611 m.n.p.m]

Wielki Chocz. Góra, której nie sposób nie zauważyć będąc w północnej Słowacji. Jej charakterystyczna sylwetka przyciąga wzrok i budzi pożądanie każdego górołaza, który choć raz na nią spojrzał. Jej masyw dumnie piętrzy się nad Liptowskim Mikułaszem, czy Rużomberokiem, skąd już tylko kilka godzin wędrówki do szczytu. Nic dziwnego, że od dawien dawna wierzchołek oblegany jest przez turystów. Mówi się, że jest to jeden z piękniejszych punktów widokowych na Słowacji. Ze szczytu okazale prezentują się Tatry, Mała i Wielka Fatra, Tatry Niżne, czy nawet polskie Beskidy.

Plan wyjazdu na Chocz kiełkował w mojej głowie już od dawna. Punktem na ten rok stał się, kiedy na wyprawie w Wielką Fatrę, o której mogliście przeczytać w trzech poprzednich wpisach widzieliśmy go przez trzy dni z odległej perspektywy. Na pierwszy rzut oka widać, że ta góra jest niebanalna i łatwo nie da się sforsować. Skalne ambony w kopule szczytowej potęgują wrażenie niedostępnej. Zwłaszcza zimą.

Tak, zdjęcie z wiki, licencja CC ;-)

16 Listopada był dniem, który wybraliśmy na wyjazd. Długo polowaliśmy na pogodę, a na ten dzień wszystkie możliwe radary pogodowe nie pozostawiały wątpliwości. Kawior! Plecaki spakowane, nad ranem, kiedy ludzie jeszcze oddają się objęciom morfeusza ruszyliśmy na południe, aby po 2 godzinach przekroczyć granicę w Korbielowie, a po kolejnych dwóch zameldować się u podnóża góry. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy 4 godziny spokojnej jazdy od szarego, jesiennego wówczas Zagłębia trafiliśmy do krainy zupełnie innej. Zimowa sceneria Słowacji, która dawała się we znaki śliskimi drogami utwierdzała nas tylko w przekonaniu, że będzie to pierwsza zimowa wyprawa w tym sezonie.

Swoją wędrówkę rozpoczęliśmy w słowackiej wsi Lucky u wylotu doliny Jastrzębiej, znajduje się tam niewielki parking na kilka samochodów. My byliśmy jedyni w tym dniu. Rozgałęzienie szlaków, z którego wybraliśmy wariant czerwony  przedstawiam na poniższym zdjęciu. 


Szlak ten w bardzo przyjemny sposób stopniuje poziom trudności. Przez pierwsze kilkanaście minut wędruje się szeroką wygodną i prawie płaską drogą dnem doliny. Następnie zaczyna się ona powoli wznosić, robi się coraz węższa i co chwilę przecina potok, który po obfitych opadach może być dość rwący. Nasze nastroje nieco podcina ślad niedźwiedzia, który zauważyliśmy w zmrożonym śniegu. Wyraźnie przyspiesza to tempo marszu.

Jak już wspominałem we wcześniejszych wpisach czasy przejść na Słowacji są bardzo niedoszacowane. Po około 2 godzinach docieramy na dużą polanę, na skraju której stoi dobrze wyposażona wiata turystyczna, w której z powodzeniem można spędzić noc. My jednak tym razem odpuszczamy sobie tą niewątpliwą przyjemność i po krótkim popasie ruszamy dalej w kierunku szczytu.







Od tego momentu trudności znacznie wzrastają. Po przejściu polanki wchodzimy w las i trawersując stromy stok zdobywamy wysokość o wiele szybciej niż dotychczas. Śnieg jest głęboki, miejscami wpada się po kolana, ścieżka jest wąska. W pewnym momencie stok staje się bardzo stromy a podejście wiedzie środkiem. Tu już nie obyło się bez raków i czekana. Miejsce było zacienione, i na tej wysokości (ponad 1400m) śnieg był już mocno zmrożony. Po pokonaniu tego stoku dotarliśmy do przełęczy pomiędzy Małym a Wielkim Choczem. Wydawało się, że stąd do szczytu już tylko chwilka. Mieliśmy rację, wydawało się.

Strome podejście i pierwsze widoki na Tatry Niżne.

Kolejne widoki z podejścia. Po lewej Tatry Zachodnie.

Z przełęczy ruszamy w kierunku szczytu. Dalsza droga nie sprawia większych trudności, jest tylko jedno miejsce skalne, gdzie z pomocą idą łańcuchy. Ścieżka wznosi się ku górze i kluczy wśród kosodrzewiny. Z podejścia w partiach szczytowych widoki są już bardzo rozległe. Po około 30 minutach wędrówki od przełęczy docieramy na najwyższy szczyt Gór Choczańskich. Widoki zapierają dech w piersiach. Pod nami morze chmur, na szczycie zaledwie kilka osób, słoneczna, bezwietrzna pogoda. Panorama obejmuje tyle pasm i szczytów, że nie sposób je wymienić i opisać. Widać jak na dłoni szerokie pasmo Tatr Niżnych, a naszą uwagę przyciąga głównie Wielka Fatra. Wypatrujemy Ploskę i Borisov, w okolicach których kręciliśmy się latem. W dolinach jeszcze jesień, ale na szczytach klimat iście zimowy. Napawamy się panoramą jeszcze kilkadziesiąt minut, ale dzień już krótki i chcący zejść póki widno (cały czas mamy w pamięci tropy niedźwiedzia) żwawo opuszczamy szczyt tą samą drogą.

Kilkumetrowe skalne podejście ubezpieczone łańcuchami

Przedwierzchołek

Jesteśmy na szczycie! Na wschód opadają bardzo strome urwiska

Puszka z książką wejść na szczycie ;-)

 W dole widać kłęby pary z fabryki celulozy i papieru Rużomberk


Do samochodu docieramy po 2h 30min od opuszczenia szczytu. Zejście idzie bardzo sprawnie, niemal do samego dołu idziemy w rakach, ponieważ słońce już zachodzi i wszystko zamarza. Ten dzień dostarczył nam niezapomnianych wrażeń i widoków. Wiemy już, że warto "polować" na warunki pogodowe. Cała wyprawa zajęła nam około 7 godzin, po zejściu udaliśmy się jeszcze do gorących źródeł w Kalamenach oraz na wieczorny spacer po Rużomberoku.

Nasza ocena:

Widoki: 9/10*
Trudność: 4/10
Ekspozycja: 3/10

* - 9, bo z Wielkiego Chocza nie widać tylko Wielkiego Chocza ;-)